• Obniżony rating Polski mocno osłabia złotego

    W piątek amerykańska agencja ratingowa Standard & Poor’s obniżyła wiarygodność kredytową Polski. Okazało się to wielkim zaskoczeniem nie tylko dla ekonomistów w Polsce, ale i na świecie. Rynek walut dosyć nerwowo zareagował na zmiany.

    S&P obniżyła Polsce rating z A- do BBB+. Oznacza to, że aktualnie jesteśmy tak samo wiarygodni jak Islandia, Tajlandia czy Peru, a wiarygodniejsze są od nas gospodarki Bermudów, Bostwany czy Izraela. Wielu rynkowych obserwatorów nie kryło swojego zdziwienia taką decyzją. Miała ona w dodatku bardzo negatywny wpływ na rynek walut. Ocena S&P znacząco obniżyła wartość złotego. Za szwajcarskiego franka musieliśmy płacić nawet 5 gr więcej niż dzień wcześniej. Euro było najdroższe od 4, a dolar od niemal 13 lat.

    Kolejne skoki już w poniedziałek?

    Prawdopodobnie już w poniedziałek możemy spodziewać się kolejnych wahań na rynku walut. Decyzja o obniżeniu ratingu była ogłoszona w piątek późnym popołudniem, więc wiążące decyzje pojawią się już jutro. Analitycy spodziewają się nawet kolejnego osłabienia złotego. Oznaczłoby, że za franka i dolara trzeba będzie zapłacić znacznie powyżej 4 zł, a euro może przekroczyć granicę 4.5 zł. To byłby kolejny cios dla osób, które posiadają kredyty w obcych walutach.

    Powody do zadowolenia

    Nie dla wszystkich jednak osłabienie złotego to powód do smutku. Zdecydowanie na tym korzystają osoby zarabiające w obcych walutach oraz eksporterzy. Dla nich obecna sytuacja jest powodem do mnożenia swoich zysków.

  • Rok temu kurs franka zerwał się ze smyczy

    Już 15 stycznia minie rok, odkąd kurs franka zerwał się ze smyczy. Miliony tzw. frankowiczów w Polsce znalazły się w dramatycznej sytuacji. Kurs szwajcarskiej waluty z 3.5 zł wzrósł nawet do 4.5 zł.

    W języku finansowym zerwanie się ze smyczy to uwolnienie kursu. Szwajcarski bank centralny zdecydował się zrezygnować z polityki kierowania kursem na bezpiecznym poziomie i postanowił doporowadzić, by to rynek naturalnie regulował jego cenę. Już w kilka godzin po ogłoszeniu decyzji jego notowania pobiły wszelkie rekordy i umocnił się wobec złotówki nawet o 1 zł.

    Dramat frankowiczów

    Uwolnienie kursu franka rozpoczęło dramat milionów Polaków, którzy zaciągnęli kredyt hipoteczny w szwajcarskiej waluty. Drastyczny skok jej notowań spowodował, że przeciętna rata kredytu mogła wzrosnąć nawet o 400-500 zł, co dla wielu gospodarstw domowych było pułapem niemal nie do udźwignięcia. W kraju rozpoczęła się dyskusja dotycząca ewentualnej pomocy osobom, które nie były w stanie poradzić sobie ze spłatą zadłużenia. Do dzisiaj jednak nie powstał żaden projekt, który mógłby pomóc zadłużonym w szwajcarskiej walucie.

    Dzisiejsza sytuacja waluty

    W ciągu minionego roku kurs franka przechodził wielkie wahania. Dziś kurs PLN/CHF to nieco ponad 4.0, a analizy walutowe nie dają mu szansy na obniżkę w najbliższym czasie. Według szacunków dopiero w dłuższej perspektywie (okolice wakacji) frank powinien wrócić do poziomu 3.8-3.9 zł.

  • Kurs dolara za wysoki na zakupy w USA

    Nastały trudne czasy dla zwolenników zakupów w amerykańskich sklepach internetowych. Przez bardzo wysoki kurs dolara, są one coraz mniej opłacalne.

    W ostatnich dniach kurs dolara był najwyższy od kilku lat. Przekroczył wydawałoby się nieosiągalną granicę 4 zł. Dziś kosztuje wprawdzie nieco mniej, ale to wciąż niesie ze sobą wiele niekorzystnych konsekwencji. Wydaje się, że najbardziej ucierpieli ci, którzy korzystają z usług amerykańskich sklepów internetowych, lub takich, które transakcje rozliczają w dolarach.

    Zakupy niemal 30 proc. droższe

    Rekordowo wysoki kurs dolara sprawił, że dzisiejsze zakupy mogą być nawet 30 proc. droższe niż jeszcze 2-3 lata temu. Co gorsza, analitycy walutowi są zgodni, że aktualnie mało przemawia, by ta sytuacja miała się zmienić. Wpływ na wysoki kurs dolara ma również w dłuższej perspektywie osłabiająca się złotówka. Wydaje się więc, że swoje zakupowe plany powinniśmy odłożyć lub skierować do sklepów, w których zapłacić będziemy mogli innymi walutami.

    Cena dolara może również niedługo wpłynąć na ceny w Polsce. Wiele branż mocno powiązanych jest z importem. Świetnym przykładem mogą być serwisy telefonów komórkowych. Wiele części sprowadzają głównie ze Stanów zjednoczonych, co może sprawić, że ich usługi będą drożały.

    Więcej na temat prognoz kursu dolara możecie przeczytać tu : komentarz analityka

     

  • Zakupy za granicą?

    Polska od dawna już nie jest krajem zaściankowym. Nie da się jednak ukryć, że niektóre towary są u nas bardzo drogie lub w ogóle niedostępne. W ich poszukiwaniu można korzystać z usług pośredników, którzy za pomoc w pozyskaniu przedmiotu naszego zainteresowania naliczą własną opłatę. Można też sprawy wziąć w swoje ręce.

    Truizmem jest powiedzieć, że za pomocą internetu otwiera się okno na cały świat. Zdanie to jest szczególnie prawdziwe w kwestii zakupów. Dzięki połączeniu z siecią www zyskujemy dostęp do zagranicznych sklepów, często oferujące za przysłowiowe grosze towary u nas droższe lub takie, które nie figurują w ofercie rodzimych sprzedawców.

    Dla przykładu: etui do telefonu komórkowego można zakupić w każdym centrum handlowym za około 20-30 zł. Jednak z łatwością można znaleźć oferty z krajów azjatyckich, oferujących ten przedmiot za 3 dolary, z przesyłką za symboliczny 1USD lub całkowicie za darmo.

    Prym w płatnościach w walucie obcej wiedzie PayPal. Trudno się temu dziwić – jest to najpowszechniejsze i bardzo proste w obsłudze narzędzie. Jak często jednak bywa, przy odrobinie wysiłku można zaoszczędzić. Pośrednicy płatności nakładają własne marże, czasem wynoszące ułamek procenta sumy transakcji, innym razem dołączane są one do kosztu waluty.

    Obejść pośredników można na dwa proste sposoby – za pomocą konta walutowego lub przedpłaconej karty walutowej. To pierwsze rozwiązanie nie do końca pasuje tylko do konsumenta zainteresowanego zakupami w sieci. Rachunki w walucie obcej najczęściej są płatne, a przelewy drogie. Alternatywą jest karta prepaid, dzięki której łatwo zapłacimy we wskazanej walucie. Najpopularniejszą formą rozliczeń jest amerykański dolar. Co prawda wysoki kurs dolara potrafi skutecznie zniechęcić przed zakupami właśnie w tej walucie, ale przy odrobinie determinacji można znaleźć korzystne oferty mimo niesprzyjającej ceny waluty.

    Zagraniczne płatności to wciąż nieznany ląd dla wielu internautów. W rzeczywistości zakupy za granicą sprzed monitora mogą być nie tylko atrakcyjne cenowo, ale i dość proste. Warto o tym pamiętać, szczególnie przed świętami.

  • Bez fałszu w Photoshopie

    Fałszowanie pieniędzy jest trudnym do zwalczania procederem. Często wykrycie podrobionych banknotów jest równoznaczne z ich istnieniem w obiegu. Nieuważni klienci często nie pomagają w skracaniu działalności oszustów, tak samo jak sklepy, w których sprzedawcy nie sprawdzają banknotów. Zapobieganie fałszerstwu jest jednak możliwe, o czym może świadczyć polityka producenta najpopularniejszego edytora grafiki, Adobe.

    Furorę swego czasu zrobił internetowy film, którego bohater starał się płacić czystymi kartkami papieru za różnego rodzaju usługi. Zagadywał i odwracał uwagę sprzedawców, by w momencie poświęcania samej płatności najmniej uwagi podać kawałek papieru o rozmiarach banknotu i szybko się pożegnać. Wydaje się niemożliwe? Warto sprawdzić, ilu (wyglądających na doświadczonych) handlowców nabrał w ten sposób.

    Klip może wydawać się zabawny, ale w tej samej mierze prowokujący do przemyśleń: jak łatwo jest wprowadzić do obiegu fałszywe banknoty? Stara lekarska prawda mówi, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Z podobnego punktu widzenia wyszli producenci programu Adobe Photoshop. Ten posiada ciekawą funkcję – w momencie, gdy próbujemy poddać przeróbce obraz pieniądza, pojawia się komunikat: „ta aplikacja nie wspiera edycji wizerunku banknotów”.

    Co prawda możliwe jest ominięcie tego ograniczenia, ale to nie jest miejsce, by pisać, jak to zrobić. Warto za to zaznaczyć, że nawet jeśli obejdziemy powyższe zabezpieczenie, Photoshop i tak nie pozwoli nam wydrukować banknotu. Zamiast tego, już przy pierwszym komunikacie zostajemy przeniesieni na stronę www.rulesforuse.org, informującą o prawnych ograniczeniach reprodukowania wizerunków pieniędzy w poszczególnych krajach. Za witryną stoi Grupa Banków Centralnych ds. Powstrzymywania Fałszerstw Pieniądza. Znajdziemy na niej między innymi odnośniki do stron, z których dowiemy się, jakie zabezpieczenia chronią pieniądze w danym regionie.

    Mimo że mechanizm Adobe sprawuje się świetnie, próżno szukać informacji o podobnych funkcjach w pozostałych edytorach graficznych. Posiadają ją za to niektóre skanery i drukarki. Na stronach i forach dyskusyjnych podniosły się głosy, że to uwłacza grafikom, którzy mogą potrzebować wizerunku banknotów na potrzeby zleceń zawodowych (na przykład zadanych przez kantorna użytek reklamy), lub grafiki artystycznej. Zdaje się jednak, że polityka Adobe jest wymierzona w kogo innego. Doświadczeni użytkownicy bez problemu obejdą mechanizm, a zapobiegania edycji pieniądza ma uniemożliwić drobnym oszustom drukowanie pieniędzy i używanie ich. Jeśli udało się z czystą kartą papieru, dlaczego miałoby nie wyjść w ten sposób?

  • Abenomika – z czym to się je?

    Czytając najnowsze doniesienia ze świata finansów i gospodarki, coraz częściej można natknąć się na termin “abenomika”. Nie każdy jednak wie, do czego to słówko odnieść, w jakim kontekście odczytywać. Gospodarka, do której się odnosi, należy natomiast do jednej z najważniejszych na świecie.

    Abenomika to plan premiera Japonii, Shinzo Abe, na rewitalizację tamtejszej gospodarki. Bardziej odpowiednim wydaje się neologizm “abenomia”, jako, że termin powstał z połączenia nazwiska Abe ze słowem “ekonomia” (eng. economics). Po wygranych wyborach przez partię, której Abe szefuje, plan powinien ruszyć z kopyta. Warto znać trzy filary, na podstawie których dany projekt się opiera.

    Plan zakłada dyskusyjne kroki, jak obniżenie wartości pieniądza przez dodruk jena. Plan Abe, by poluzować politykę monetarną jest o tyle odważny, że niektóre jego elementy godzą – mniej, lub bardziej bezpośrednio – w same jej fundamenty. Rząd w swej polityce przywrócenia niskiego kursu jena jest jednak niestrudzony, stąd po raz pierwszy w Japonii został wprowadzony cel inflacyjny.

    Kolejnym filarem abenomiki jest – podana jako przykład – emisja obilgacji państwowych. Inwestycje publiczne mają pobudzić popyt przy pomocy płynności finansowej, którą zapewnia bank centralny. Ma to się stać dźwignią dla gospodarki, którą należy eksploatować…

    …ale nie można jej eksploatować bez końca. Japoński rząd zaznacza, że dobrze wie, iż niemożliwym jest ciągłe stwarzanie popytu, który fundowałyby środki publiczne. Dlatego, podczas gdy ów sztuczny popyt byłby tworzony, koniecznym jest wprowadzenie swoistej strategii rozwoju; cyklu, w ramach którego firmy pożyczają pieniądze, inwestują je, a dzięki powiększeniu przychodów tworzą miejsca pracy i podwyższają płace. Dopiero to zapewni Japonii stały wzrost gospodarczy.

    Plan premiera Japonii zakłada uratowanie sytuacji finansowej Kraju Kwitnącej Wiśni przez ożywienie gospodarki. Trudno mówić o sukcesie lub jego braku tak szybko po wprowadzeniu abenomiki, ale rynek zdaje się reagować na nią pozytywnie, a najnowsze kursy walut pokazują, że jen zaczął spadać. Odpowiedzi należy szukać nie wcześniej, niż w roku 2020, na kiedy Abe zaplanował osiągnięcie dwukrotnej wartości japońskich inwestycji zagranicznych.

  • Burger miarą walut

    W 1986 roku tygodnik “The Economist” wprowadził unikalną i dość kontrowersyjną miarę oceny stanu walut na całym świecie. “The Big Mac Index” opiera się na parytecie siły nabywczej (PSN). Według niego, w sytuacji równowagi walutowej w dowolnych dwóch krajach można nabyć ten sam towar za dokładnie tę samą cenę. Z racji, że mowa o Stanach Zjednoczonych, owym towarem stał się Big Mac.

    Kuriozum? Żart? Być może. Ale za bigmakowym wskaźnikiem stoi więcej myśli, niż można by się spodziewać. Big Mac, przygotowywany z tych samych składników, jest sprzedawany na całym świecie w jednej sieci restauracji. Stąd jego cena powinna być, czysto teoretycznie, taka sama na całym świecie. Oczwiście nie jest – z tych różnic specjaliści z “The Economist” oceniają, ile warta jest waluta danego kraju.

    W praktyce działa to bardzo prosto: w USA Big Mac kosztuje 4,56 dolara (stan na lipiec bieżącego roku). W polskich restauracjach można go kupić za 9,20 złotego, czyli 2,73 dolar. Nasza waluta jest zatem słabsza względem USD o 40 procent. Średni kurs dolara w lipcu to około 3,20zł, The Big Mac Index wskazuje natomiast, że – według burgerowych wyliczeń – powinniśmy za niego zapłacić 2,02 złotego. To dobitnie pokazuje, że notowania walut oparte na MacWskaźniku stworzone zostały przede wszystkim dla rozrywki.

    27-letni dowcip dorobił się jednak swoich zwolenników i rzeszy ekonomistów, którzy twierdzą, że przekazuje pewne istotne informacje i ukazuje rzeczywiste zjawiska.. Część analityków ryzykuje twierdzenie, że bułka z mięsem, będąca flagowym produktem amerykańskiej restauracji, powinna być atrakcyjna cenowo dla przeciętnego Kowalskiego, zatem cena burgera może stanowić podstawy do oceny kosztów życia w danym kraju.

    Nikt nie kryje, że The Big Mac Index trudno brać na poważnie. Czynniki w aż nadto oczywisty sposób wpływające na cenę takiego produktu, jak ceny składników (dyktowane m. in. klimatem) są różne dla poszczególnych państw. Jednak po niemal trzech dekadach jego istnienia, aktualizacje tego wskaźnika cały czas są publikowane i przekazywane przez biznesowe serwisy. Na stronie “The Economist” znajdziecie aplikację, dzięki której można Indeks Big Mac sprawdzić dla 48 krajów świata i sprawdzić, jak zmieniał się on na przestrzeni lat.

  • Polimerowe banknoty w UK

    Bank Anglii ogłosił wprowadzenie kolejnego polimerowego banknotu do obiegu. Ogłoszono już, że jesienią 2016 do obiegu trafi nowa pięciofuntówka z wizerunkiem Winstona Churchilla, a rok później pojawi się banknot o nominale 10 funtów upamiętniający Jane Austen. Logicznym ich następcą jest banknot dwudziestofuntowy.

     Polimerowe banknoty są dużo droższe w produkcji niż te papierowe. Jak to zazwyczaj bywa, tworzy się spór: czy lepiej drukować banknoty trwalsze, ale dużo droższe, czy tanie, ale łatwo ulegające zniszczeniu? Wydawałoby się, że jednorazowy wysiłek finansowy, mający na celu wyprodukowanie pieniędzy wytrzymałych, jest rozwiązaniem dużo lepszym. Jednak pieniądze, które zaoszczędzimy kiedyś, są zazwyczaj mniej przekonujące niż te, które mamy dzisiaj. Dlatego drogi pieniądz polimerowy, choć funkcjonuje już od dłuższego czasu, ciągle jest mało popularny.

    Banknot o nominale £20 jest najpopularniejszym pieniądzem na Wyspach Brytyjskich. W obiegu funkcjonują niemal 2 miliardy „dwudziestek”. W związku z tym najszybciej też ulega zużyciu. Mówi się, że banknot dolarowy złożymy i rozłożymy ok. 8 tys. razy, zanim ulegnie zniszczeniu. Czas, w jakim wykonamy te kilka tys. złożeń, zależy od popularności egzemplarza pieniądza. Banknoty polimerowe nie tylko odporniejsze są na zdarzenia losowe, jak zamoknięcie i przedarcie, ale i codzienny użycie. Dużo trudniej je też podrobić, zatem również bezpieczeństwo tych pieniędzy rośnie.

    Czy polimerowe pieniądze zastąpią te papierowe? W dobie rozkwitu płatności bezgotówkowych oraz mobilnych. Waluta w postaci fizycznej jest zdecydowanie w odwrocie, ale w takim razie spada również jej masowa produkcja. W takim razie polimerowe banknoty mają szansę na popularność. Również w Polsce – dotychczas takie pieniądze pojawiały się u nas wyłącznie na egzemplarzach kolekcjonerskich. Jednak wytrzymałość i bezpieczeństwo większe niż w przypadku banknotów papierowych mogą oznaczać, że w perspektywie kilku lub kilkunastu lat polimerowe pieniądze mogą z ciekawostki stać się popularnym środkiem płatniczym – nawet bardziej popularnym niż papier. Czy zatem po ponad tysiącu lat nastąpiła zmiana warty? Absolutnej pewności mieć nie można, ale jest to całkiem prawdopodobne.

  • Strefa euro bardziej ekskluzywna?

    Nie trzeba było długo czekać, by sytuacjia Grecji wpłynęła na politykę w strefie euro. Kraje członkowskie chcą bardziej krytycznego spojrzenia na pańśtwa aspirujące do dołączenia do obszaru wspólnej waluty oraz silniejszej integracji Eurolandu.

    Pomysł jako pierwsi wysunęli znani z kontrowersyjnych pomysłów Francuzi, ale już teraz wiadomo, że przychylnie patrzą nań Niemcy. Chodzi przede wszystkim o utworzenie wspólnego budżetu, a w przyszłości również osobnego ministra finasów strefu euro. Za kuluarami mówi się natomiast nawet o pomyśle utworzenia osobnego parlamentu. Plany te nie są aż tak nieprawdopodobne, jak mogłoby się wydawać.

    Kraje strefy euro sporo straciły (a stracą jeszcze więcej) na Grecji. Programy pomocowe, prywatyzacje i podobne im koncepcje mogą być interpretowane jako – przynajmniej po części – próba uspokojenia nastrojów po tym, jak zdecydowano ratować bankrutujący kraj (choć w tym przypadku czekano raczej na decyzję bankrutującego kraju).

    Konsekwencje takiego stanu rzeczy mogą być niestety złe dla Polski. Jako kraj, który ma ambicje wejścia w szeregi strefy euro i jest na etapie dostosowania się do jej wymogów, zaostrzenie warunków stawianych przez obszar wspólnej waluty może odłożyć w czasie przyjęcie euro w Polsce. Powstaje jednak pytanie – czy to źle?

    Przypomnijmy, że aby euro weszło do Polski, musimy spełnić zestaw warunków, tzw. kryteriów konwergencji. Konwergencja prawna to zmiana ustaw, aby ta dopuściła i opisała użycie euro w obiegu. Konwergencja nominalna natomiast opisuje wymagania fiskalne, dotyczące stabilności cen, kursu walutowego oraz stóp procentowych. Wprowadzenie euro w sytuacji spełnienia ich w minimalnym stopniu jest posunięciem co najmniej ryzykownym. Zawyżenie tych wymagań może pozwolić uniknąć sytuacji zbliżonej do tej, która ma obecnie miejsce w Grecji.

  • Ministerstwo Gospodarki na pomoc frankowiczom?

    Wiele razy poświęcaliśmy tu już miejsce na pomysły rządów krajów na pomoc walutowym kredytobiorcom. Najczęściej spotykały się one ze sceptycznym podejściem, gdyż przewalutowania oraz inne formy pomocy spłacającym pożyczki w walutach obcych najczęściej stanowią mocne uderzenie w system bankowy. Nie inaczej jest z propozycją pomocy frankowiczom wysuniętą przez Ministerstwo Gospodarki.

    Osoby posiadające kredyt we franku miały powody do narzekań jeszcze przed 15 stycznia tego roku. Szwajcarska waluta niemal dwukrotnie zdrożała względem stanu z czasów, kiedy większość z tych podwyżek została wzięta. W 2008 roku kurs franka wynosił niewiele ponad 2 zł. Gdy na początku tego roku osiągnął on poziom 5 zł, wielu osobom zagroziło widmo bankructwa. Wydarzenia m.in. na Węgrzech pokazały, że politycy mają szerokie pole do popisu, by zdobyć poparcie. Na tej fali stara się wybić przed wyborami samorządowymi.

    Ministerstwo Gospodarki chce zaproponować możliwość przewalutowanie po obecnym kursie franka z umorzeniem części długu. Po spełnieniu warunków, które zdefiniują odpowiednie przepisy, kredyt zostanie przeliczony na złotówki. Różnica spowodowana wzrostem kursu byłaby dzielona na pół i 50% tej kwoty byłaby umarzana.

    Osoba, która otrzymała kredyt we frankach w połowie września 2008 roku, pierwsze raty spłacała po kursie ok. 2.08 zł. Dziś cena za jednostkę szwajcarskiej waluty wynosi 4.03 zł (kursy za NBP.pl). Powiedzmy, że jedna rata wynosiła 300 franków i pierwsza spłata przypadała na październik 2008 – do dnia dzisiejszego daje to 82 raty. Wskutek wzrostu kursu franka rata kredytu nie wynosi już 624 zł (300 x 2.08) jak na początku, a 1209 zł. Różnica dla jednej raty wynosi dziś zatem 585 zł. Połowę otrzymanej w ten sposób kwoty (dziś 292.50 zł) chce umorzyć rząd. Oczywiście w przypadku roku 2010 podstawą wyliczeń będzie kurs franka z tamtego czasu, nie zmienia to jednak faktu, że gra nie toczy się o przysłowiową pietruszkę. Mowa tu – biorąc pod uwagę setki tysięcy frankowych kredytobiorców – o wielomilionowej operacji.

    Oferta przeliczenia kredytów walutowych brzmi jak wcześnie odpalona kampania wyborcza przed wyborami samorządowymi i najlepiej byłoby chyba, by pozostała na tym etapie. Pomoc państwa dla osób spłacających kredyty denominowane nieczęsto wypada krajowi na dobre. Polska była dotychczas pod tym względem rozsądna, interweniując tylko w sytuacji, gdy na drodze sądowej wykazano wadliwość umów z bankiem.

    Inną propozycją MG jest zawieszenie spłaty kredytu do okresu 3 lat. Tego typu ‘wakacje’ szybko jednak zostało skrytykowane, a niekiedy i wykpione przez internautów. Istotnie – trudno spodziewać się, by po kolejnych trzech latach koniunktura sprzyjała frankowiczom. Z drugiej strony, jeśli zaistniała sytuacja nauczyła nas czegoś, to faktu nieprzewidywalności rynku walut.